Noctem Grupa LARPowa z Poznania
 FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Zaloguj  Rejestracja

Poprzedni temat «» Następny temat
Zamknięty przez: Olena
2009-03-07, 13:10
Ending
Autor Wiadomość
Olena 
Cz?onek Noctem
A little insane?


Posty: 934
Wysłany: 2009-03-07, 13:09   Ending

Je?li chodzi o endingi: wiele zale?y równie? od Was. To, co zrobili?cie na LARPie, z kim si? polubili?cie a z kim nie, jakie interesy ubili?cie- wszystko zarzutuje na zako?czenia.

Ka?dy z graczy dostanie na pw pewien zestaw pyta?, na podstawie którego zbuduje co? w stylu 'raportu'.
Im wcze?niej przy?lecie, tym szybciej pojawi si? post ;)
_________________
"O, jakie dziwne formy mo?e przybiera? szale?stwo ludzi zdrowych."
 
 
 
Olena 
Cz?onek Noctem
A little insane?


Posty: 934
Wysłany: 2009-04-18, 13:55   

- Trudne czasy wymagaj? trudnych decyzji - pomy?la? filozoficznie ?mier? zrzucaj?c ze sto?u resztki pot?uczonej zastawy - No ale przynajmniej mam ju? sufit, ?ciany, pod?og? i rega?y na miejscu.
Okruchy szk?a chrz??ci?y pod butami gdy spacerowa? powoli w kierunku tarasu. Wisz?ce na wyrwanych zawiasach drzwi skrzypia?y cicho, wype?niaj?c zamglony krajobraz j?kliwym d?wi?kiem.
- Teraz ju? wszystko wróci?o tam gdzie powinno: koszmary do koszmarkowa, ludzie do umierania a wynaturzenia wszelakiego rodzaju posz?y we wszelak? choler? - Poci?gn?? ?yk z ostatniego kieliszka który si? osta?. Mia? tylko ukruszon? nó?k?, by? wi?c ca?kiem sprawny. Mg?a leniwie p?yn??a po p?askowy?u. Ws?ucha? si? w ów d?wi?k, który laik omy?kowo wzi??by za skrzypi?ce drzwi. Zawodzenie legionów martwych dusz zbitych w blade, zimne pasma poprawi?o mu odrobin? humor.
- No có?, nie ka?dy mo?e, ot tak sobie przej?? na drug? stron?. Trzeba przej?? dog??bny proces analizy, wyceny oraz potwierdzenia w?asno?ci... hmm w?asnej duszy? - jednym haustem wychyli? ciemny napój - Trudne czasy to trudne decyzje. Dobrze ?e si? sko?czy?y. Mo?na wzi?? si? za porz?dkowanie tego burdelu.
Nonszalancko wyrzuci? za siebie kieliszek, który rozprys? si? na obsydianowej posadzce. Dwie uzbrojone w miot?y dusze sykn??y z irytacj? i wróci?y do walki z wszechobecnym obrazem zniszcze?.

_________________________________________________________________________________

Dwie zirytowane dusze spojrza?y w rozwiewaj?cy si? w powietrzu portal i wróci?y do powolnego zamiatania zniszczonego domostwa.
- To serce chyba jeszcze bije... - kobieta wpatrywa?a si? w co? na posadzce.
- Wymie? je. On nie jest zainteresowany ?ywymi sercami, nie wa?ne czy zaj?czymi czy nie.- powiedzia? po chwili m??czyzna.
- Och, no ale nie mo?esz zapomnie? o niej... - kobieta spu?ci?a wzrok.- Dobrze kochanie, ju? si? go pozbywam.
- Swoj? drog? to ciekawe, ?e w?a?nie nas postanowi? zatrzyma?. Ze wszystkich mo?liwych wybra? w?a?nie nas.
- Wiesz to mo?e dzieci?ca mi?o??? W ko?cu gdyby nie my, nigdy by si? nie pojawi?.
- Gdyby nie TY kochana.
- Nie wyci?gajmy tej starej sprawy.- kobieta posmutnia?a jeszcze bardziej
- Przecie? tylko si? drocz?.- m??czyzna obj?? j?.- Przecie? wiesz, ?e ci? kocham Ewo.
- Ja ciebie te? Adamie, ja ciebie te?.

___________________________________________________________________________________

Pani koszmarów.
Królowa terroru.
W?adczyni przera?aj?cej krainy.
Wyra?a?a swoje niezadowolenie tupi?c nó?k? i robi?c nad?san? mink?. Wszystkim woko?o dawa?a jasno do zrozumienia, jak bardzo jest z nich niezadowolona. Wra?enie promienia?o z niej ca?ej, a? po same ko?ce warkoczyków.
Nowe obowi?zki jako przywódczyni ?wietlików odrobin? j? irytowa?y. Ba, irytowa?y j? ca?kiem mocno ale nie mia?y wyboru: ona nimi rz?dzi?a i one musia?y si? zmieni?.
To wcale nie chodzi?o o to, ?e to ONA chcia?a by? wi?ksza! Tym bardziej nie chodzi?o o niego! Po prostu Stokrotka by?a dla nich za mi?kka i zbyt dziecinna!
W?a?nie!
One musz? by? du?e!
Dla niej!

___________________________________________________________________________________


- Ojej... Ale? ona krzyczy...- Stokrotka patrzy?a na Caroline próbuj?c? zmusi? ?wietliki do dorastania.- Moje biedne ma?e ?wietliki.
Cho? wydawa?o si? to bardzo niedorzeczne, dzia?ania nowej przywódczyni dawa?y widoczne efekty...
- Hmm, a w?a?ciwie to sk?d ja si? tu wzi??am? - Stokrotka podrapa?a si? po g?owie .- By?am na bagnach... yyy... zobaczy?am te wielkie czerwone oczy i... i ... Ojejku...
Dziewczynka poczu?a czyj?? d?o? na ramieniu, odwróci?a si? przestraszona.
- Jejku! To tylko pan! Móg?by mnie pan nie straszy?! - ?wietlik wypali? w kierunku swojego opiekuna.- Ale... to znaczy, ?e ja ...
- Tak, Stokrotko, a mo?e raczej powinienem powiedzie? Nancy.- W?adca ?wietlików u?miechn?? si? ciep?o.
- Ale, ale... Przecie? pan nie przychodzi tak sam... Nigdy tak nie by?o!
- Widzisz, ja dbam o swoje ?wietliki.-wyci?gn?? jedyn? d?o? w kierunku dziewczynki.- To co? Pójdziemy ju??
Ma?a r?czka wsun??a si? w jego d?o?. Zacz??a bledn?? i stawa? si? prze?roczysta.
- Ojej... A ja nie przeprosi?am jeszcze pana za r?k?... - martwa Stokrotka zasmuci?a si?.- Chyba ju? pana nie boli?

_____________________________________________________________________________________

Pa?stwo zapewnia ci wszystko: posi?ek, ksi?dza, dziwk? i ostatnie dziesi?? minut s?awy na oczach fotoreporterów. Zapewnia wygodny fotel, pyszny, kolorowy koktajl i czyst?, now? strzykawk? w której go podaj?.
Tylko czemu jak, kwiatek przychodzi co do czego to jeste? w stanie my?le? tylko o ?mierci? Szczególnie, ?e ?mier? jest takim garniturowatym sukinsynem z obci?t? ?ap? i w dodatku ...
- ...; pseudonim 'Butcher', skazany zosta? na ?mier? (...).-g?os urz?dasa by? ca?kowicie wyprany z uczu?.- Wyrok zostanie wykonany przez wstrzykni?cie trucizny (...)
O jeste?. Wiedzia?em, ?e przyjdziesz. I co si? cieszysz? W?a?ciwie to czemu nie stoisz tam za szybk?? Wolisz by? blisko? A mo?e ci si? spieszy?
No dalej za t? szyb?! Wciskaj ten cholerny guzik!
Teraz!
No co jest, kwiatek?

Rze?nik otworzy? oczy. Do ?rodka pomieszczenia wchodzi?o dwóch karków ubranych w bia?e kitle. Mi?dzy sob? nie?li kaftan bezpiecze?stwa. Po chwili odpi?li og?upia?ego wi??nia i zapakowali do tego charakterystycznego stroju. Próbuj?c zorientowa? si? co si? dzieje, by?y skazaniec, zobaczy? znajom? twarz ubran? w garnitur rozmawiaj?c? z naczelnikiem wi?zienia.
Oraz u?miechni?t? ?mier? machaj?c? mu na odchodne.

_______________________________________________________________________________________

Swoj? drog?, ten doktorek to te? niez?y agent. Smith mu jest czy jako?. Facet pracuje, uznany autorytet, ma nawet hobby z tymi paranormalnymi ?ledztwami. Poza tym ?onaty, wspania?a ?ona. Do czasu w?a?ciwie. ?e tragedia? Jasne, a on taki ?wi?ty jak o nim gadaj?. We? sobie kiedy? z nim nocny dy?ur. Ma co? w oczach... Jak... Jaki? g?ód, pragnienie. Cholera wie co! Wygl?da jakby mia?o ci? ze?re? zza oczu...
Gadaj?, ?e to przez niego jego ?onie odwali?o... Poda? jej co? przez co dzieci urodzi?y si? martwe a ona sama pogubi?a klepki. Sk?d mam wiedzie? po co? Podobno... podobno to po to ?e robi? na niej jaki? eksperyment... i musia? mie? j? ca?y czas na oku. No i wiesz co by ni? nie zrobi? to psychicznej nikt nie s?ucha. Fajnie w?a?ciwie ?e przyszed?e?, wiesz do mnie ju? nikt nie przychodzi, zreszt? jak im opowiem to nikt nie uwierzy. Psychicznych si? nie s?ucha. Tak jak mnie!

____________________________________________________________________________________

Szpital psychiatryczny im. ?w. Anny.
Nazwisko i imi?: N/N; P?e?: K
Data Urodzenia: brak danych, oko?o 20 lat.
Data przyj?cia: 28.02.2009
Objawy: Stany l?kowe, halucynacje, omamy s?uchowe, amnezja.

_____________________________________________________________________________________

Drzwi w celi o mi?kkich, bia?ych ?cianach zamigota?y lekko po czym otworzy?y si? ze zgrzytem. Pomieszczenie szybko wype?ni?o si?, zimnym, wilgotnym powietrzem. Z wiruj?cej ciemno?ci portalu wyszed? ubrany na czarno m??czyzna. W miejscu gdzie powinna by? lewa d?o? zwisa? lu?no pusty r?kaw marynarki, za? w prawej d?oni trzyma? oprawion? w zielon? skór? ksi??k? i d?ugie g?sie pióro. Z radosnym u?miechem usadowi? si? naprzeciw przera?onej, zwini?tej w k??bek kobiety, która szeroko otwartymi oczami wpatrywa?a si? w niego.
- Cze??. Teraz pewnie my?lisz, ?e oszala?a? naprawd?, ?e oni maj? racje.- weso?y ton nie pasowa? do otoczenia.- Spokojnie, to co widzia?a? by?o prawd?.
Kilka minut pó?niej, gdy znowu zrobi?o si? cicho móg? kontynuowa?.
- Jeste?, no, relatywnie, normalna.- pos?a? jej promienny u?miech przywodz?cy na my?l szczerz?c? si? czaszk? .- Wiesz, posprz?ta?em ju? w domku, to mog? si? zaj?? tob?. Chyba nie my?la?a?, ?e o tobie zapomn?? Eee, no przecie? ta ca?a awantura kosztowa?a mnie d?o?. Wiesz, to dziwne ale fantomy czuj? fantomowy ból. No ale wracaj?c do sedna: to jest twoja ksi??ka. Pomy?la?em sobie, ?e przecie? mog?em napisa? j? sam;?y?a d?ugo i nieszcz??liwie w psychiatryku, po czym umar?a bole?nie i samotnie... Ale wiesz, to by by?o takie ma?ostkowe i jeszcze by sobie kto? pomy?la? ?e to z zemsty...
U?miech znik? z jego twarzy a w celi zrobi?o si? jeszcze zimniej.
- A ja nie jestem ani ma?ostkowy ani m?ciwy... Chyba. Dlatego te?, b?d? tutaj przychodzi? i b?dziemy wspólnie pisa? histori? twojego ?ycia. Zaczniemy od imienia na ok?adce i dojdziemy do tego jak znalaz?a? si? w tym miejscu. Nie pomijaj?c tego, co zrobi?a?, ?e ci? tu zamkn?li. A gdy sko?czymy wsadz? t? ksi??k? na pó?k? i jak b?dziesz grzeczna to zabior? ci? z tego pokoju z powrotem do ?wiata. - g?os by? cichy, ponury i powa?ny. Umilk? na kilka sekund patrz?c w jej rozbiegane oczy.
- No wi?c? Jakby? chcia?a si? nazywa?? - usta znowu rozci?gn??y w radosnym u?miechu.- Ojej, no dobrze pokrzycz sobie je?li musisz... Mamy przecie? bardzo du?o czasu, moja droga Alicjo.

_______________________________________________________________________________________

- telefon do Pana.
W r?cznie rze?bionych drzwiach olbrzymiego pokoju z tarasem pojawi?a si? ma?a dziewczynka ubrana w jasno-niebiesk? sukienk? z bufkami i bia?y fartuszek. Na srebrnej tacy nios?a telefon. Stukanie o posadzk? jej lakierowanych bucików wywo?a?o u?miech u pana siedz?cego w wielkim fotelu na ?rodku. Sk?oni?a si? Jegomo?ciowi, po czym poda?a s?uchawk?.
- Kto to? - spyta? g?o?no i niegrzecznie wiedz?c, ?e kto? po drugiej stronie czeka na rozmow?.
- Pani Veronika Smith.
M??czyzna w wielkim cylindrze u?miechn?? si? i wy??czy? telefon rzucaj?c nim za taras. Histeryczny ?miech rozleg? si? po pokojach posiad?o?ci. Dziewczynka poczeka?a, a? cia?o jej Pana przestanie wi? si? w rozchichotanych konwulsjach, po czym odstawi?a tac? i zrobi?a z?? min?.
- Och, nie d?saj si?. - wsta? i wzi?? j? za r?k? prowadz?c na taras - czy? nie jest Ci tutaj dobrze?
- Nie o to chodzi... Pan ci?gle jest niepowa?ny.
Zatrzymali si? tu? przed barierk?. Dziewczynka dopiero teraz zda?a sobie spraw?, ?e skóra jej Pana jest ca?kowicie bia?a- jak przysta?o na szlachcica. On- naci?gaj?c mocniej cylinder wskaza? na basen pe?en nagich, ma?ych dziewczynek.
- Czy? nie jestem wspania?y? Powa?ny? Daj? temu ?wiatu przysz?o??... Dzieci.
- Ale je?eli nadal b?dzie Pan zbywa? klientów...
- Ciiiiiiiii !
Zerwa? si? z miejsca i wbieg? z powrotem do pokoju przeskakuj?c z rega?u na rega?. Bo- wprawdzie nie zosta?o wspomniane- w pokoju znajdowa? si? tylko fotel Pana a wokó? rega?y od pod?ogi po sam sufit wype?nione ksi??kami... Ksi??kami Lewisa Carola- w ró?nych wydaniach i aran?acjach.
Ma?a jeszcze raz rzuci?a okiem na basen, g?o?no westchn??a i postanowi?a wróci?. M??czyzna nadal zdawa? si? czego? szuka?.
- Nudz? si? tutaj...
Roz?o?y?a si? w wielkim fotelu i zamkn??a oczy. Chcia?a zobaczy? co jest poza posiad?o?ci?. Czy opowie?ci jej Pana o ?wiecie s? prawdziwe... Nigdy wprawdzie nie widzia?a gadaj?cego Kota czy ma?ych zabitych dzieci z lampionami... Niewa?ne- jej Pan czyta za du?o bajek.
- Alicjo, natychmiast si? ogarnij i zrób miejsce. Poczytam Ci co? ciekawego...
Jak zwykle- pomy?la?a i jak zwykle usiad?a na kolanach. Kapelusznik trzyma? w r?kach r?cznie pisane, kolekcjonerskie wydanie "Alicji po drugiej stronie lustra" w mi?kkiej oprawie- Jego ulubione. Przekartkowa? je, po czym spomi?dzy stron wyci?gn?? ró?ow? kopert? z wielkim czarnym napisem na grzbiecie i wr?czy? je dziewczynce.
- 'Dreamlands', co to jest?
- Ano zaproszenie na fajn? imprez?...
Jego u?miech by? naprawd? szczery, a noc gor?ca...

____________________________________________________________________________________

W wielkim pomieszczeniu o sterylnym, zimnym klimacie co? nagle si? poruszy?o. Male?kie czerwone ?wiate?ko wyda?o z siebie ciche 'pik' i zamieni?o si? w zielone. Do pracowni wesz?y dwie kobiety ubrane w bia?e fartuchy, jedna z nich nios?a w r?kach co? na kszta?t s?oja.
- Margaret, odstaw to w ko?cu! - zdenerwowa? si? pierwsza kobieta.- nosisz to wsz?dzie ze sob?.
- Nie to, tylko ni?, spójrz Alesso.
Spojrza?a, ale dalej nie by?a zadowolona. Ogarn??a sal? wzrokiem i podesz?a do jednej z wi?kszych 'wyl?garek'. Co? w ?rodku bulgota?o, pod??czone do masy kolorowych kabelków. Margaret mówi?a dalej.
- Spójrz, ma ju? prawie 4 tygodnie, sama j? wychodowa?am. Dam jej na imi? Jane...
- Absurd! - trzasn??a teczk? o blat sto?u.- jak mo?esz wiedzie?, ?e to dziewczynka?! Pracujesz tutaj od tylu lat i nadal si? ?udzisz? Nie mam z Ciebie rzadnego po?ytku...
Margaret posmutnia?a. Wprawdzie nie by?a ju? pierwszej m?odo?ci i nie mog?a mie? dzieci, a rozwi?zania korporacji mog?y da? jej upragniony dar. Nie rozumia?a rozgoryczenia przyjació?ki i jej niech?ci- przecie? ona tez jest kobiet?!
G?upia baba- pomy?la?a Alessa o pomocniczce. G?upi ludzie. Jak ?atwo ich oszuka?.
W g?o?nikach odezwa? si? znajomy g?os:
- Jak si? maj? moje ulubione pracowniczki? Po?pieszcie si?- tutaj na górze potrzebuj? wi?cej dziewczynek do cholery!
- A zamówienia, dla ludzi, dla rodzin?- spyta?a dr??cym g?osem Margaret.
- Zamówienia... Wy jeste?cie od moich ZAMÓWIE?... Niech Ci? nie obchodz? zamówienia. Aha- ps: wiem co trzymasz w s?oiku <?miech>.
- Na dzisiaj b?d? gotowe trzy, bez obaw. - odpowiedzia?a szybko Alessa widz?c, ?e Margaret zanosi si? p?aczem.
G?upi ludzie- pomy?la?a jeszcze raz w my?lach doktorka i wysz?a z pracowni zostawiaj?c p?acz?c? Margaret.

_______________________________________________________________________________________

- Dzie? dobry, poprosz? nasiona.
Starsza, siwa babunia spojrza?a spod lady na m?odego ch?opaka w dziwnym stroju.
- Ale jakie nasiona ch?opcze, nasiona czego?
- Hmmm, ?eby by?y sprawdzone, ma?e i wyros?o z nich szybko pi?kne drzewko.
Kobieta u?miechn??a si? i wysz?a na zaplecze. Po chwili przynios?a du?e i soczyste jab?ko. Wr?czy?a m?odzie?cowi z dzik? satysfakcj?.
- Nie bój si?- nie b?dzie jak w bajce o Królewnie ?nie?ce... W ?rodku znajdziesz to, czego szukasz, smacznego. Ach- na koszt firmy. No znikaj ju?!
Wyszed?, a sklep jakby zamigota?.


Tej nocy trudno by?o zasn?? z emocji. Tyle rzeczy si? wydarzy?o, a teraz czas spe?ni? niektóre obietnice...
- Jak si? masz? Mam co? dla Ciebie... Och- nie musisz dzi?kowa?. A wi?c zosta?a? szefem ?wietlików- gratuluj?. A teraz chod?my- mamy co? do zrobienia. Ty te? mi co? obieca?a?...

_______________________________________________________________________________________

Co za nudy! Odk?d wszyscy si? wynie?li zosta?em sam jak palec. Nie- nie t?skni? za nimi- po prostu reszta tutaj stanowi dla mnie ma?e wyzwanie... I cholera- nie ma ?adnych portali!
Wielki fioletowy sier?ciuch powolnie przechadza? si? po bagiennej ?cie?ce narzekaj?c i co chwil? kopi?c jakie? wredne ?apsko, które próbowa?o go nieudolnie wci?gn?? do ciemnej brei. Amatorszczyzna.
- Kocie, kocie!
Zza drzewa pokrzykiwa?o jakie? pokraczne Koszmarni?tko pokazuj?c krzywym palcem przed siebie.
- Tam! Tam co? si? dzieje... Co? z?ego!
- I mnie tam nie ma?!
Poruszony informacj? od nieznajomego Kot pobieg? w wyznaczonym kierunku, a za nim ma?y informator. Racja- na polance strachu co? ewidentnie si? dzia?o. Na ?rodku wyros?o przeogromne drzewo, do którego ci?gn??y t?umy ma?ych, ?wie?ych Koszmarków. Jak na Krain? Koszmarów bi?o jasnym ?wiat?em, a wokól niego roztacza?a si? ?una szcz??cia.
- Obrzydlistwo.
Kot podszed? bardzo blisko zjadaj?c przy okazji kilka ma?o do?wiadczonych ?wie?aków- po có? maj? si? marnowa?? Wskoczy? i ugo?ci? si? w koronie drzewa, leniwie rozci?gaj?c.
- Pssssst!
- Jeszcze tutaj jeste?? Odejd?, póki jestem najedzony.
- Panie, pozwól mi Tobie s?u?y?...
Po tych s?owach Kot zanosz?c si? ?miechem ma?o nie spad? z drzewa.
- Hahaha! S?ug?? A co takiego potrafisz maluszku? Mog? Ci? schrupa? na deser...
Pokraczny Koszmar lekko zw?tpi?, ale zda? sobie spraw?, ?e i tak zaszed? za daleko. Musia? ci?gn?? rozmow? dalej. W ko?cu gdyby teraz chcia? odej??, Kot zjad? by go bez wachania.
- Potrafi? ?wietnie zdobywa? informacje... - mówi? zacieraj?c ?apki.- Otó?- do tego drzewa ?ci?gaj? Koszmary które mo?esz ?atwo zabija?... A podobno ostatnio coraz gorzej z jedzeniem... Jestem bacznym obserwatorem, wiem czego pragniesz...
- Czego pragn??- zamy?li? si? Kot.
- To czego pragniesz, jest nad Twymi uszami, Panie.
Spojrza? w gór?, gdzie malowniczo rozci?ga?a si? panorama ?wiata Ludzi... Na Jego pyszczku pojawi? si? naprawd? szeroki u?miech.
- Zaczynasz mi si? podoba?, robalu.
- Mam te? co?, co mo?e Pana zainteresowa?.- W krzywych paluszkach trzyma? ró?ow? kopert? z czarnym napisem.- Nie znam pisma ludzi, ale zapewne Ty znasz.
Kot szybkim susem zlaz? z drzewa. 'Dreamlands', zaproszenie. Przeczyta? uwa?nie i u?miechn?? si?.
- I jak b?dzie z Nasz? umow?, Panie? - spyta? niepewnie Robal.
- Przyjmuj? Ci? na okres próbny. Jedno 'ale' i stajesz si? moj? przystawk?.

_______________________________________________________________________________________

- Ludzie schodz? na psy, Jack. Wiele dobrego si? wydarzy?o, ale coraz wi?cej z?ego jest w?ród Naszych znajomych...
Osobnik z wielkimi skrzyd?ami przygl?da? si? u?miechni?temu ch?opakowi naprzeciwko sto?u.
- Z czego si? tak radujesz?
- Uratowa?em j?, czy to nie pi?kne?
Micha? zamy?li? si? chwil? chwytaj?c za imbryk. Przecie? nie móg? mu powiedzie?, co teraz wyczynia Jego siostra i reszta Koszmarkowa, to by Go dobi?o. Lepiej nic nie mówi?. Nala? herbaty, a po pomieszczeniu rozniós? si? zapach cynamonu.
- Dobi?e? jakiego? targu ze ?mierci?, to prawda. I cieszy mnie, ?e jeste? szcz??liwy.
Nast?pi?a cisza. Jack posmutnia? i cicho spyta?.
- Czy móg?bym j? zobaczy??
- Nie mam takiej mocy.
Micha? sk?ama?. Oczami w?a?nie widzia? co robi?a Cheryl. Nie ró?ni?a si? od zwyk?ego Koszmara.


____________________________________________________________________________

Written by EvilGoat&Mr.Death Inc. :P
_________________
"O, jakie dziwne formy mo?e przybiera? szale?stwo ludzi zdrowych."
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
theme by Michaczos & UnholyTeam
LARP Poznań fantastyka RPG sesje gry fabularne klub Druga Era Noctem